Studentski grad (miasteczko studenckie) znajdujące się w Sofii zdecydowanie zasługuje na osobną notkę. Miasteczko zadziwia, jest pełne życia i pełne kontrastów. W jednej chwili widzimy przejeżdżającego Mercedesa klasy S, a chwilę później dorożkę konną, ale nie taką typowo turystyczną przeznaczoną do wożenia zakochanych par…

Z drugiej strony mamy tu całą masę bloków mieszkalnych pamiętających jeszcze czasy komunizmu, i na szczęście mój nie wygląda tak jakby miał się zaraz zawalić. A żeby było weselej to bodaj rok, czy dwa lata temu w kwietniu było tu trzęsienie ziemi. Niewielkie, bo niewielkie, ale wolałbym wtedy być w jednym z nowszych bloków. Żebym jednak nie był gołosłowny, to postanowiłem pożyczyć zdjęcie od jednego z nowych Erasmusowych kolegów. Historia tych starszych bloków jest ciekawa. Kiedyś miało to być miasteczko przeznaczone dla robotników. Niestety sam pomysł gdzieś przepadł, a bloki już stały, więc postanowiono zagospodarować ten obszar właśnie dla studentów i zrobić z tych bloków akademiki.

812759_10151283841787285_1124180582_o

Podpis „Miasto kontrastów” jest tu wyjątkowo trafny. Zwłaszcza, że obrazki takie widzimy na każdym kroku. Wydaję mi się, że kliknięcie na zdjęcie spowoduje jego znaczne powiększenie, to tak dla co bardziej dociekliwych.

Infrastruktura miasteczka stoi naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Pomijam moje szczęście, że mieszkam w samym jego centrum (blok 23A), ale nawet gdyby tak nie było to i tak miałbym wszędzie stosunkowo blisko. Pralnie, duże markety, sklepy z elektroniką, CAŁA masa fast foodów (tu głównie pizze, swoją drogą nie rozumiem ich zamiłowania do pizzy, w Polsce nie mamy tak wielu budek gdzie kupujemy kawałki pizzy, tutaj dosłownie co 20 metrów), a jeżeli jesteśmy już przy jedzeniu to nie polecam tutejszych kebabów! Takiego świństwa, na dodatek z frytkami, jeszcze nie jadłem. Całodobowe fast foody to jednak nie wszystko, jeżeli ktoś nawet o godzinie 2-3 w nocy ma ochotę porządnie zjeść to są całodobowe restauracje, czy sieciówki typu Subway. Można powiedzieć, że to raj. Ja jednak nazwę to studenckim Las Vegas🙂. Oprócz tego mamy tu sklepy z shishami i tytoniami, drogerie, siłownie, no dosłownie wszystko. W ciągu około 20 dni w centrum Sofii byłem tylko pary razy, i to tylko w celach jako tako turystycznych. Na prawdziwe zwiedzanie jeszcze trochę zaczekam, aż będzie cieplej. A do centrum nie ma znowu tak bardzo daleko, około 15 minut w autobusie numer 94 (bilet kosztuje 1 leva), albo trochę mniej w taksówce, i o ile jedziemy w cztery osoby, to takie wyjście wydaje się całkiem rozważne, bo za taksówkę do centrum płacimy od 6 do 10 leva. Zależy od tego czy taksówkarz próbuje nas wydymać, czy nie. 

market

Żeby jednak nie było tylko różowo, to muszę napisać o wadach mieszkania tutaj. Pomijam już fakt, że możemy trafić do jakiegoś beznadziejnego akademika. Na pewno jednym z problemów tego miejsca jest fatalny stan chodników, lub ich brak. Przeważnie wygląda to tak, że chodnik mamy tylko z jednej strony ulicy, a z drugiej to jakaś totalna prowizorka. Do tego panuje tu straszna samowolka, jeżeli chodzi o przechodzenie przez ulice, i kierowcy są chyba do tego przyzwyczajeni, bo nawet jeżeli są zmuszeni do zatrzymania się na środku ulicy bez pasów, to nie trąbią. Co jeszcze… Jest tu dużo biedy, nie ma co tego ukrywać. Nie zdarzyło się chyba, żebym podczas swojej wizyty w największym tutejszym markecie (Fantastico, zdjęcie wyżej) nie spotkał żebraka. I rzecz ostatnia, którą mam jeszcze w głowie, a o której nie chciałbym zapomnieć. Ilość bezdomnych psów, wcześniej już chyba o tym pisałem. Mnie osobiście bardzo to boli. Pewnie dlatego, że sam miałem psa w czasie swojego dzieciństwa i mam teraz dużą wrażliwość do tych zwierząt, ale za każdym razem gdy jest zimno i widzę te psy szukające odrobiny ciepła pod drzwiami do akademików… No po prostu ich szkoda. Zdjęcie niżej to autentyk stąd, nie wynik „pies” w google grafika😉

841252_4895992689410_580067316_o

Wspomniałem wcześniej o pubach i klubach. No tak, gwarantuje, że człowiek nie ma się tu prawa wieczorem nudzić. Do tego praktycznie w każdym klubie tutaj mamy półnagie tancerki. Trudno, żebym jako facet tego nie zauważył, ale jest to naprawdę bardzo przyjemny dodatek. Nie dość, że piwko tanie (w klubie około 2 leva za butelkę), towarzystwo świetne, to jeszcze jest na co popatrzeć. A imprezy mamy tu każdego dnia. Nieważne czy to poniedziałek, czwartek czy sobota, i dziewczyny zawsze tańczą, haha. Na ulicy wieczorami zawsze jest głośno, studenci się bawią. A ci miejscowi, nas (Erasmusów) nienawidzą, ale to chyba z zazdrości, że nic nie musimy robić i mamy luz w szkole🙂

PS: Baaardzo przepraszam za dłuższą przerwę w pisaniu, ale tak jak zauważył „student” w swoim komentarzu pod wpisem „Polskie smaki”, trochę poniosły mnie bułgarskie imprezy… W każdym bądź razie bardzo dziękuje za komentarz, to pomaga w prowadzeniu bloga🙂

Pozdrawiam🙂